Konkurs już zakończony, ale jego echa wciąż trwają.

2020.01.16
 
Rozmowa z  Małgorzatą Wojtaszek, zdobywczynią nagrody głównej w kategorii poezji, w VI Pomorskim Konkursie Literackim dla Nauczycieli, organizowanym przez Pedagogiczną Bibliotekę Wojewódzką w Słupsku i Stowarzyszenie Edukacyjne Volumin.
 
 
Pani Małgorzato, książki czytane w wieku młodzieńczym bardzo często wywierają wpływ na osobowość. Czy mogłaby Pani wskazać taką, ważną dla siebie, książkę?
 
Książki były zawsze obecne w moim domu.  Stały zawsze równiutko ustawione na pólkach, aby nie uległy zniszczeniu. W rodzinnym domu mieliśmy olbrzymią bibliotekę.
Pierwsza książka, która bardzo mocno utkwiła mi w pamięci (a miałam chyba z 7-8 lat ) to  „Chata wuja Toma”. To była także pierwsza książka, nad którą zalewałam się łzami. Jak ja wtedy strasznie nienawidziłam tego autora, że tak okrutnie obszedł się z głównym bohaterem. Wtedy uzmysłowiłam sobie, jak wiele jest w świecie przemocy i bezwzględności, tak obcej wtedy dla mnie jako dziecka.
Był czas, że jak każda dziewczynka czytałam (mam do dziś w domu wszystkie tomy) „Anię z Zielonego Wzgórza”. Chyba wtedy zdałam sobie sprawę sobie, że ja także mam wielką wyobraźnię, że patrzę na świat innymi oczami niż przeciętni ludzie.
Duże wrażenie zrobiła na mnie także książka „Malowany ptak” Jerzego Kosińskiego. Już jako studentka zaczytywałam się w Marku Hłasko.  Była wtedy moda na jego twórczość.
Nie znaczy to, że nie czytałam i nie fascynowałam się innymi,  ale jako pierwsza z dzieciństwa utkwiła mi właśnie „Chata Wuja Toma”.
Nikt nas w domu nigdy nie zmuszał do czytania, ale pamiętam zdania wypowiadane przez rodziców – „Nie  masz co robić to poczytaj! To zawsze można! ”
Swoim własnym dzieciom powiedziałam tak tylko raz i nigdy więcej nie musiałam pilnować, czy lektura jest przeczytana. Same biegały do biblioteki, aby coś nowego poczytać.
Dzisiaj nie mówi się tak dzieciom. Dzisiaj, jak dzieci się nudzą, to pozwala się im siadać do komputera, a nie do książek.
 
Czy są książki, do których wraca Pani wielokrotnie?
 
Mam takie dwie książki, do których często wracam. To ukochany „Mały Książę” i „Kubuś Puchatek” . Czytam te książki od lat i za każdym razem odbieram je inaczej, głębiej. „Mały Książę” to już dla mnie nie tylko różnica w odbieraniu świata przez dzieci i dorosłych; to także wiele sentencji na temat miłości, przyjaźni, wrażliwości, odpowiedzialności. Pod wpływem tej książki napisałam tekst „Świat widziany oczami dziecka”, ale już z perspektywy szpitalnego łóżka.
„Kubusiem Puchatkiem” bardziej się zainteresowałam, gdy poznałam kulisy napisania książki i traumy autora, jaką przeżył podczas wojny. Czytałam ją swoim dzieciom i jakoś  ta książka była zawsze obecna w naszym domu zwłaszcza cytowanymi fragmentami wypowiedzi bohaterów. np.
 
„– Puchatku?
– Tak Prosiaczku?
– Nic, tylko chciałem się upewnić, że jesteś.”
 
Tak moja córka, gdy była mała, zawsze w domu sprawdzała, czy jestem.
 
 „ Kubusiu, jak się pisze MIŁOŚĆ?
– Prosiaczku, MIŁOŚĆ się nie pisze, MIŁOŚĆ się czuje.”
 
I ja właśnie chyba wszystko tak głęboko czuję – miłość, przyjaźń, nienawiść, zło...
Jednak poezja Stachury, Herberta, Osieckiej to jest dla mnie pokarm dla duszy. Chyba jestem jedną z niewielu osób, która słysząc piosenkę szuka i sprawdza, kto napisał tekst. Zwykle pamiętamy wykonawcę, ale już niekoniecznie autora tekstu.
Uwielbiam poezję śpiewaną, ale dzisiaj mało kto sięga do niej. Nie opuszczam żadnego koncertu Michała Bajora gdy tylko jest w Słupsku. A przecież nie tylko Jacek Cygan, Wojciech Młynarski czy Andrzej Mogielnicki piszący w większości dla Budki Suflera tworzyli wspaniałe teksty. To także poeci amatorzy, tacy jak ja.
 
Co jest czy było Pani największą fascynacją czytelniczą – pisarz, poeta, konkretny tytuł, bohater?
 
Chyba takiego ulubionego jednego autora czy bohatera nie mam.
Był czas w moim życiu, że na poprawę humoru czytałam Joannę Chmielewską. Niby kryminały, ale napisane wspaniałym, wesołym językiem. Dzisiaj wiem, że to wyobraźnia autorki, którą odkryłam i ja w sobie, tak mnie do tej lektury ciągnęła.
Lubię czytać biografie wielkich i sławnych ludzi. Jednak chyba poezja stała się ważniejsza od powieści. Kiedy poezja weszła do mojego księgozbioru - tego nie wiem. Mam bardzo dużo klasyków, ale mam też tomiki moich znajomych poetów czy też poetów młodego pokolenia.
W swoim życiu przeczytałam bardzo dużo książek. Czytałam wszędzie – w pociągu, w szpitalu, w kolejce do lekarza... W domu czytam głównie nocą, bo w dzień nigdy nie ma czasu. Lubię czytać w ciszy i może dlatego noc jest taka wyjątkowa.
Zaraz po studiach pracowałam w sądzie. Miałam kontakt z ludźmi, którzy nie zawsze mieli łatwo w życiu. Jedyną czasami moją radą było to, że polecałam im książkę odpowiednią do danej sytuacji, leczącą duszę.  Porównywałam często ich życie do bohatera książki, który w podobnej sytuacji dawał sobie radę, więc i oni dadzą. Pamiętam, jak młody chłopak żalił mi się, że rzuciła go dziewczyna dla jego najlepszego kolegi. Zapytał mnie, jak ma mu powiedzieć co czuje? Razem kupiliśmy tomik poezji Stachury i zaznaczyliśmy na czerwono fragment wiersza –
„Ach, kiedy ona cię kochać przestanie:
Zobaczysz!
Zobaczysz noc w środku dnia,
Czarne niebo zamiast gwiazd;
Zobaczysz wszystko to samo,
Co ja.”
Pokazywałam ludziom, że poezja mówi czasami więcej niż długie monologi. Zarażałam ludzi czytaniem wierszy.
Kazałam im swoje odczucia spisywać na kartce. Później polecałam im ową kartkę spalić lub zwyczajnie podrzeć. Często nie wyrzucali, ale właśnie sami zaczęli pisać.
 
Jaką książkę czyta Pani obecnie?
 
Za otrzymaną nagrodę kupiłam sobie wszystkie tomiki Reginy Brett. Jej książkę „Bóg nigdy nie mruga” czytałam już wcześniej, a jak jakaś książka bardzo mi się podoba, to muszę ją mieć na własność. Dzięki wygranej mogłam marzenie spełnić. No i oczywiście moja ukochana Maria Czubaszek zagościła w mojej bibliotece – „Każdy szczyt ma swój Czubaszek”.
 
Wspomniała Pani o tomikach poezji, jakie Pani gromadzi. Jaka jest Pani domowa biblioteka, może nam Pani o niej więcej opowiedzieć?
 
W moim domu każdy ma inne zainteresowania, więc książek o różnej tematyce mam bardzo dużo. Mąż lubi wojenne, kryminały, motoryzacyjne... Córka podróżnicze, geograficzne. Mamy więc historię wszystkich niemal krajów. Gdy córka jedzie do jakiegoś kraju, musi dokładnie poznać jego historię, zwyczaje i obyczaje, więc książek przybywało. Każdy dział literatury ma swoje miejsce.
Mam bardzo dużo książek z zakresu psychologii, która zawsze mnie fascynowała. Lubię poznawać dusze ludzkie i co w nich tam głęboko siedzi. Patrząc na moje półki z książkami widzę, że mam rożne dziedziny – od słowników poprzez książki popularnonaukowe, obyczajowe, poezję i oczywiście te, które były mi potrzebne w pracy.
Mam dużo płyt z poezją śpiewaną – Kaczmarskiego, Gintrowskiego, Bajora...
Książki są jednak drogie i często korzystam w bibliotek, a kupuję dopiero wtedy gdy wiem, że będą chciała do tej książki wrócić.
 
Jak Pani pisze? W ciszy czy wręcz przeciwnie, rankiem czy raczej nocą?
 
Piszę chyba zawsze w ciszy. Mam nawet jeden tekst „Cisza”, do którego Andrzej napisał muzykę a kolega zrobił film:
Zazwyczaj nie siadam specjalnie do pisania. Tak się nie da. Nie da się pisać na zamówienie. Ludzie  myślą, że autor bierze pióro do ręki siada i od razu pisze na konkretny temat. Piszę wszędzie i o każdej porze dnia. Tekst wielokrotnie czytam, poprawiam, skreślam. Czasami odkładam na jakiś czas, by powrócić do niego nawet po roku. Bywa też tak, że „wpadnie” do głowy jakaś myśl. Uczepi się człowieka i nie odpuszcza. Zapisuję sobie wtedy, a potem wracam do niej przy pisaniu konkretnego teksu. Bardzo często teksty poprawiam, nawet po latach,
 
Na komputerze czy piórem?
 
Na komputerze przepisuję już gotowy tekst, ale piszę zawsze w jakimś notesie, kalendarzu. Kreślę, dopisują, zmieniam... po to by czasami wrócić do tego, co napisałam na początku. Czasami robiąc porządki znajduję kalendarz sprzed kilku lat, a tam jakieś moje teksty zapisane i nigdy nie wykorzystane. Gdy przychodzi natchnienie lub jakaś myśl, nie zawsze komputer jest pod ręką – a  notesik owszem. Kiedyś w poczekalni u lekarza obserwowałam ludzi. Ich twarze wyrażały tak skrajne emocje, że postanowiłam je opisać właśnie w tym momencie. Komputera nie było, a damska torebka pomieści wszystko, z długopisem i notatnikiem łącznie.
 
Co jest inspiracją dla Pani twórczości?
 
Moje teksty można by podzielić na takie działy:
„Podsłuchane”
„Podpatrzone”
„Wysłuchane”
„Refleksje”.
Piszę wtedy gdy mnie coś bardzo poruszy, wstrząśnie mną. Lubię obserwować ludzi. Zastanawiam się, o czym myślą w danym momencie, co czują. Nie musi się to zgadzać ze stanem faktycznym, ale moja wyobraźnia podsuwa mi ciekawe myśli. Tak powstał wiersz „Ławeczka”. Przemierzając kilka razy w tygodniu tę samą trasę widziałam na ławce starszą panią. Siedziała zawsze sama i zawsze uśmiechnięta, wpatrzona w tylko dla niej widoczny punkt. Na tej samej ławeczce siadywał czasami człowiek, który, wydawało się, że płakał, jakby kogoś lub coś wspominał. Oni nie widzieli ludzi obok, byli myślami sami gdzieś daleko. Gdy zmarła moja koleżanka, jej mąż też siadał na takiej ławeczce, a czym myślał i co wspominał tylko on wie. Moja wersja zawarta została w wierszu. Ja to tak odebrałam, a jak było naprawdę tego nie wiemy.
Czasami inspiracją jest wypowiedź kogoś, zdarzenie, które miało miejsce lub osoba, która staje na mojej drodze. Jednak zawsze musi być coś, co mnie poruszy, wstrząśnie mną, zaciekawi. Nigdy nie piszę wprost o sobie. Czasami jest to coś, co przeżyłam, np. chorobę, ale bardziej patrzę na to jakby z boku, jakby widział to ktoś inny. Piszę wtedy jakby widząc świat jego oczami.
 
Mówiła Pani o terapeutycznej i autoterapeutycznej roli swojej poezji. Czy może Pani coś więcej o tym powiedzieć?
 
Odpowiedź tutaj mogłabym zacząć od słów: ” Nie wiem, co to poezja, nie wiem, po co i na co... Wiem, że czasami ludzie czytają wiersze i płaczą...”.
Bardzo porusza mnie tragedia ludzi, śmierć, choroby – czasami nieuleczalne – i ta niemoc, że czasami nic nie da się w tej kwestii zrobić. Wtedy, aby im jakoś ulżyć, jakoś pomóc przetrwać żałobę i ten najtrudniejszy czas, piszę o nich teksty zamieniane czasami w piosenkę. Do niektórych zrobiłam nawet filmy, wstawiając je na YouTube. Jeden z tych filmów zamieszczam: https://www.youtube.com/watch?v=LCd1wXMONf8
Pani Ewa Grochowska, dla której stworzyłam ten film jest szczęśliwa, że zawarłam w nim jej wspomnienia i zawsze może do nich sięgnąć gdy jest jej bardzo smutno. Jak sama mówi, czasami popłacze, ale przywoła w pamięci szczęśliwe chwile z mężem.
Część znajomych prosiła, aby zgrać im na płytę, bo wolą słuchać czy oglądać w samotności. Nie chcą się dzielić publicznie z innymi.
Miło się robi człowiekowi na duszy, gdy ktoś napisze – dziękują, że ta piosenka pomogła mi przetrwać chwile załamania, choroby, żałoby, smutku. Nie ma chyba nic lepszego dla autora niż usłyszeć takie podziękowanie. Wiele z tych utworów „poszło do ludzi”, aby nieść im radość, pomagać przetrwać ból lub zwyczajnie uwiecznić radosne chwile.
Gdy wstawiałam teksty na portalach poetyckich pytano mnie, czy mogą fragmenty lub całość wykorzystać na pocieszenie kogoś bliskiego..., gdyż  w tym fragmencie zawarte jest cale jego życie. Dla mnie było to ważne, że ktoś dłużej zatrzymał się nad tekstem, że spojrzał na otaczający świat jakby moimi oczami. Cieszę się, że to, co napisałam, pomogło komuś w życiu. Muzyka łagodzi obyczaje, ale gdy wraz z nią idą słowa, które docierają głębiej, to już jak dla mnie jest wielki sukces.
Długo leżałam w szpitalu i aby nie zwariować, patrząc w sufit układałam swoje teksty. Był to oddział onkologiczny i śmierć pukała tam do drzwi dość często. Opisywałam odczucia nie zawsze swoje, ale często innych ludzi leżących obok.  Piszę nie tylko teksty smutne, ale i satyryczne, wesołe, prześmiewcze. One także dodawały ludziom otuchy.
Jestem osobą chyba bardzo wrażliwą. Patrzę na świat przez okulary jakże inne niż zwykli ludzie i może dlatego widzę więcej, szerzej, głębiej.
Dodam jeszcze, że nie znajdziecie mnie w moich tekstach.  Nie opisuję siebie ani swojego życia. Napisałam może kilka wierszy po śmierci moich rodziców, ale pod tymi wierszami chyba każdy by mógł się podpisać... Bardziej fascynuje mnie świat dookoła. Jest ciekawszy.
 
Pani wiersze bywają też poezją śpiewaną. Mogłaby nam Pani opowiedzieć o współpracy z Andrzejem Szumyło?
 
Miałam to szczęście spotkać na swojej  drodze Andrzeja.  Ma chyba takie samo spojrzenie na świat, na ludzi jak ja i dlatego doskonale się rozumiemy. Andrzej nie tylko gra i śpiewa, ale pisze także teksty. Jedno wiem na pewno - On nigdy nie zaśpiewa czegoś co mu w duszy nie zagra. Jeżeli tekst jest o niczym, on od razu wyczuje i odłoży na bok.
Bardzo często, gdy śmierć zabierała osoby znane albo mi bliskie, pisałam wiersz, a Andrzej nie wiedząc o tym pisał do tego muzykę. Tak powstało wiele piosenek dla znanych osób (także z naszego miasta). Nie wiem, czy wolno mi tutaj przytaczać ich nazwiska, jako że piosenki oddałam jakoby w prywatne odsłuchanie.
Mamy jeszcze wspólnego kolegę Jacka Wolskiego (gitarzystę z zespołu Stare Dobre Małżeństwo), który obecnie mieszka w Stanach Zjednoczonych, ale odległość nam nie przeszkadza. Andrzej nagrywał także i jego wiersze. Znane są więc nasze teksty nawet za oceanem i nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale nawet w Australii.           
Andrzej mieszka na drugim końcu Polski i często koncertuje, ale to w dzisiejszych czasach nie jest przecież przeszkodą. Nigdy nie wydałam tomiku wierszy i pewnie tego nie zrobię, ale moje teksty żyją dzięki Andrzejowi. Utwory nasze grane są często tam, gdzie ludzie kochają poezję śpiewaną. Liczy się dla nich nie tylko muzyka, ale i tekst. Andrzej wybiera właśnie mało znanych poetów, bo widzi w nich coś, co warto zaśpiewać, uwiecznić  i przekazać dalej.
 
Wyznajemy zasadę:
„Gdzie słyszysz śpiew – tam wchodź,
Tam dobre serca mają.
Źli ludzie – wierzaj mi –
Ci nigdy nie śpiewają.” -  J.W. Goethe
 
Otrzymała Pani nagrodę główną w VI Pomorskim Konkursie Literackim dla Nauczycieli. Jakie rady dałaby Pani nauczycielom, którzy trzymają swoje teksty w szufladach albo jeszcze zamknięte w głowie?
 
Nie wiem, od kiedy zaczęłam pisać. Chyba pisałam od zawsze, ale nie zdawałam sobie chyba wtedy sprawy, że ja świat postrzegam inaczej. Poprawiałam ludziom teksty, namawiałam do wysłania na konkursy (tak poprawiłam teksty Jacka Wolskiego, który wygrywał główne nagrody), ale sama nigdy tego nie robiłam.
Na różnych portalach nie zawsze wyrażano się pochlebnie. Nie była to krytyka konstruktywna, ale zwykły hejt i to zniechęcało. Dzisiaj wiem, że to była zwyczajna zazdrość. Nie warto brać sobie do serca słów takich ludzi. Przecież jak wszystko co nas otacza nie musi się każdemu podobać, tak i to,  co piszemy, także nie musi przypaść każdemu do gustu. Jeżeli jednak autorytet znający się na literaturze dostrzeże w naszym pisaniu to „coś”, to gwarantuję – uskrzydli człowieka.
 Nie warto chować do szuflady naszych przemyśleń, tekstów. Nigdy nie wiemy, ile one mogą znaczyć dla innych ludzi. Nawet jeżeli jeden nasz tekst kogoś uszczęśliwi, rozśmieszy, da chwilę zadumy, to warto się nim podzielić. Nigdy nie nazwałam tego co piszę wierszami. Zawsze mówiłam, że to są zwykłe teksty, bo przecież wiersze piszą poeci, a ja nie jestem poetką.
Wyciągajcie więc z szuflad, z głowy, z notesów swoje teksty. Wstawiajcie pod pseudonimami (ja także wstawiam pod pseudonimem) jak boicie się ośmieszenia czy krytyki, ale chwalcie się. Podchodźcie do tego co piszecie tak, aby kiedyś móc powiedzieć:
 
„Kilka tekstów napisałam,
lecz nie dla sławy czy z próżności.
Może w ten sposób komuś dałam
chwilę wytchnienia , łut radości...”
 
Pamiętajcie, że poeci – nawet ci bardzo wielcy – to tacy sami ludzie jak my wszyscy. Żyją w takim samym świecie, ale widzą więcej niż przeciętny człowiek. A to już jest COŚ! Może i Ty, nauczycielu, też widzisz więcej – napisz, wyślij, przekonaj się !
 
Z  Małgorzatą Wojtaszek rozmawiała
Jolanta Betkowska - koordynator konkursu.
 
 
Zapraszamy do lektury: